Mary Ann ma już 17 lat i mieszka razem z Lucasem i jego rodziną w Pensylwanii, doskonale wiedziała że jej rodzice zniknęli w tajemniczy sposób gdy była trzymiesięcznym dzieckiem. Nie smuciło jej to tylko przekonywało w tym, że miłość nie istnieje. Ani rodzicielska, ani między dwójką ludzi. Kolejnym przykładem utwierdzającym ją w tych przekonaniach był jej przybrany brat Lucas, był on kapitanem drużyny koszykarskiej w liceum i co tydzień miał nową dziewczynę. Młoda dziewczyna niczym jednak nie różniła się od społeczności spokojnej Pensylwanii. Zawsze trzymała się w cieniu, zwykłe oceny w nauce, przyjaciół miała tylko dwóch ale za to w sporcie, a dokładniej biegach. Codziennie rano biegała dystans pięciu kilometrów, z nadzieją że w przyszłości odważy się wstąpić do szkolnej drużyny atletycznej. Od jakiegoś czasu zaczęła spotykać w parku tajemniczego chłopaka, obawiała się jego zimnego i mrocznego spojrzenia. Wokół niego rozchodziła się tajemnicza aura która tylko ją przyciągała, jej wzrok szukał go za każdym razem gdy tylko wyczuwała jego obecność. Ich pierwsza rozmowa miała miejsce wieczorem przy placu zabaw, po długiej ciszy i obserwacji chłopak się odezwał
- Jesteś Mary Ann, prawda? - przyjrzał się uważniej rudowłosej dziewczynie
- Tak, ale... Skąd znasz moje imię? - dziewczyna cofnęła się o kilka kroków do tyłu, przerażała ją aura chłopaka i zimne spojrzenie którym ją oceniał - Może mi odpowiesz?
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, Mary Ann. - mruknął, odwrócił się do niej plecami i odszedł znikając między drzewami
Z obawą przed nieznajomym wróciła biegiem do domu, cały czas mając wrażenie iż ktoś ją obserwuje. Wchodząc do domu poczuła woń wody kolońskiej dochodzący prosto od jej przybranego brata, miał dzisiaj randkę z Jude Foster kapitanem drużyny lekkoatletycznej. Wiedziała że Lucas w żaden sposób nie pomoże jej w zrealizowaniu marzenia, o wygraniu nagrody na zawodach między szkolnych. Nie, Lucas był egoistycznym dupkiem, patrzącym tylko na to co dostanie w zamian za cokolwiek. Mimo że od najmłodszych lat ciągle byli razem, po przejściu Lucas'a do liceum wszystko się zmieniło. Nie rozmawiał z nią za często i częściej bywał poza domem, gdy zwracał się do niej przy znajomych, zazwyczaj używał sformułowania "nudziara" albo "ta osoba". Oczywiście z początku ciężko było się Mary do tego przyzwyczaić ale po pewnym czasie przywykła do tego. Jej przybrani rodzice zaczęli być bardziej zajęci pracą i mieli coraz mniej czasu na ważne sprawy typu "Mary wychodzi i wraca dopiero po północy" albo "Nasz syn zmienia kobiety jak rękawiczki", nie dla nich liczyła się tylko praca. Gdy tylko Mary Ann zamknęła na klucz drzwi od swojego pokoju, położyła się na łóżko i rozmyślała o swoich rodzicach. Często jak zdarzały się jakieś dziwne rzeczy, takie jak dziwna rozmowa z nieznajomym w parku, myślała o rodzicach. Mimo iż nie wierzyła że ją kochali, chciała wiedzieć co czuli gdy ją zostawili. Nie wiedziała zaś że odpowiedź na to pytanie miała na wyciągnięcie ręki. Na następny dzień podczas porannego biegania po parku znowu go ujrzała, siedział na tej samej ławce w cieniu wielkiego dębu. Jego aura mroku stała się straszniejsza niż wcześniej, było widać jednak że opalonym na marchewkę blondynkom wpadł w oko czarnowłosy chłopak. On na nieszczęście ich i Mary Ann jego wzrok nie schodził z ciała siedemnastolatki. Ruda podeszła do niego zdezorientowana jego zachowaniem
- Mogę wiedzieć o co ci chodzi? - warknęła wymachując butelką wody tuż przed jego twarzą - Już od kilku dni przychodzisz tutaj, obserwujesz mnie a na koniec okazuje się jeszcze że znasz moje imię. Chyba jakieś wyjaśnienia mi się należą?
Patrzył na nią swoim zimnym i bezuczuciowym wzrokiem, to zdenerwowało ją jeszcze bardziej
- Jeśli nie chcesz, nie mów. Ale przestań mnie prześladować! - miała już zamiar odejść ale usłyszała cichy chichot ze strony chłopaka - Co cię tak śmieszy?
- To iż myślisz że jesteś na tyle interesująca, bym przesiadywał tutaj dzień w dzień, patrząc jak tracisz zbędne kilogramy których... - spojrzał zmęczony na mój brzuch po czym spojrzał mi prosto w oczy - ...Których według mnie jest w sam raz.
- Ja nie tracę zbędnych kilogramów. - spojrzała na swój brzuch zdziwiona szybką ocenę jej ciężkości - Ćwiczę by w przyszłości zostać sprinterką. Przynajmniej chociaż wygrać zawody między szkolne.
- I w tym momencie mnie zaciekawiłaś. - uśmiechnął się tajemniczo i przesunął się, był to niemy rozkaz by usiadła - Rozumiem że jesteś w tej drużynie. - odwróciła speszona głowę szukając odpowiednich słów, dla niego taka reakcja była idealną odpowiedzią - Nie bój się, jeśli naprawdę marzysz o tym by biegać i będziesz do tego dążyć. To się spełni. - odwróciła z powrotem głowę w jego stronę zdziwiona jego słowami, powiedział coś co dało jej trochę odwagi i nadziei że może to zrobić - Tylko nie rozczaruj się jeśli to nie będzie tym o czym naprawdę marzysz.
- Powiedz mi jak się nazywa mężczyzna z którego wychodzą te głębokie myśli. - oparła się ręką o oparcie ławki i przyglądała się twarzy rozmówcy - Ty dziwnym trafem wiesz jak się nazywam, puszczę już w niepamięć to że nie odpowiedziałeś na żadne moje pytanie. Chociaż i tak chcę znać na nie odpowiedź. To powiedz przynajmniej jak masz na imię.
Spojrzał na Mary a po chwili na taflę jeziora po drugiej stronie chodnika. Wyglądał jakby rozważał każde za i przeciw, na końcu zasłonił swoje usta dłonią i spojrzał na nią. Widział te zielone oczy umieszczone tuż nad zbiorem piegów i zabrał ręce
- Vincent. - rzucił krótko i wstał - Chodzisz do tej szkoły tuż obok parku, racja?
- Tak, a co? - zdziwiła się szybką zmianą tematu - Masz zamiar się zapisać?
- Nie, chciałem tylko wiedzieć gdzie muszę podwieźć spóźnioną uczennice. - wskazał na zegarek który wskazywał równo ósmą, przerażona mina Mary Ann rozśmieszyła lekko chłopaka jak wyciągał z kieszeni skórzanej kurtki - To jak? Jedziesz?
- Mam wybór? - ruszyła szybko w stronę swojego domu, przypominając sobie po chwili że nie wie gdzie Vincent zaparkował samochód. Zawróciła z lekkim pąsem na twarzy - Przepraszam, poniosło mnie.
- Rozumiem że pierwszy raz spóźniona. - prychnął i kręcąc kluczami na palcu ruszył w stronę najbliższej ulicy. Dziewczyna szła za nim zirytowana jego spokojem i powolnym krokiem - Wiesz według mnie nie warto już jechać do szkoły.
- A co? Masz zamiar mnie porwać? - zażartowała
- Jestem obcym mężczyzną który proponuje ci opuszczenie nudnych lekcji i mijania jeszcze nudniejszych ludzi w zamian za możliwe najlepszą randkę w twoim życiu. - podszedł do czarnego motoru i oparł się o kierownicę - Wybór należy do ciebie, Mary Ann.
- Zawsze rzucasz taki bajer dziewczynom z parku? - zlustrowała jego i motor
- Nie, tylko tym które oskarżają mnie o prześladowanie. - uśmiechnął się zuchwale i włączył silnik - Kareta zaraz odejdzie.
- Każda to łyka? - podeszła do niego, po czym usiadła na motorze
- Póki co tylko jedna. - Vincent usiadł a rudowłosa przytuliła się do niego by nie spaść - Tylko się nie puszczaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz