czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział 1

Mary Ann ma już 17 lat i mieszka razem z Lucasem i jego rodziną w Pensylwanii, doskonale wiedziała że jej rodzice zniknęli w tajemniczy sposób gdy była trzymiesięcznym dzieckiem. Nie smuciło jej to tylko przekonywało w tym, że miłość nie istnieje. Ani rodzicielska, ani między dwójką ludzi. Kolejnym przykładem utwierdzającym ją w tych przekonaniach był jej przybrany brat Lucas, był on kapitanem drużyny koszykarskiej w liceum i co tydzień miał nową dziewczynę. Młoda dziewczyna niczym jednak nie różniła się od społeczności spokojnej Pensylwanii. Zawsze trzymała się w cieniu, zwykłe oceny w nauce, przyjaciół miała tylko dwóch ale za to w sporcie, a dokładniej biegach. Codziennie rano biegała dystans pięciu kilometrów, z nadzieją że w przyszłości odważy się wstąpić do szkolnej drużyny atletycznej. Od jakiegoś czasu zaczęła spotykać w parku tajemniczego chłopaka, obawiała się jego zimnego i mrocznego spojrzenia. Wokół niego rozchodziła się tajemnicza aura która tylko ją przyciągała, jej wzrok szukał go za każdym razem gdy tylko wyczuwała jego obecność. Ich pierwsza rozmowa miała miejsce wieczorem przy placu zabaw, po długiej ciszy i obserwacji chłopak się odezwał
- Jesteś Mary Ann, prawda? - przyjrzał się uważniej rudowłosej dziewczynie
- Tak, ale... Skąd znasz moje imię? - dziewczyna cofnęła się o kilka kroków do tyłu, przerażała ją aura chłopaka i zimne spojrzenie którym ją oceniał - Może mi odpowiesz?
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, Mary Ann. - mruknął, odwrócił się do niej plecami i odszedł znikając między drzewami
Z obawą przed nieznajomym wróciła biegiem do domu, cały czas mając wrażenie iż ktoś ją obserwuje. Wchodząc do domu poczuła woń wody kolońskiej dochodzący prosto od jej przybranego brata, miał dzisiaj randkę z Jude Foster kapitanem drużyny lekkoatletycznej. Wiedziała że Lucas w żaden sposób nie pomoże jej w zrealizowaniu marzenia, o wygraniu nagrody na zawodach między szkolnych. Nie, Lucas był egoistycznym dupkiem, patrzącym tylko na to co dostanie w zamian za cokolwiek. Mimo że od najmłodszych lat ciągle byli razem, po przejściu Lucas'a do liceum wszystko się zmieniło. Nie rozmawiał z nią za często i częściej bywał poza domem, gdy zwracał się do niej przy znajomych, zazwyczaj używał sformułowania "nudziara" albo "ta osoba". Oczywiście z początku ciężko było się Mary do tego przyzwyczaić ale po pewnym czasie przywykła do tego. Jej przybrani rodzice zaczęli być bardziej zajęci pracą i mieli coraz mniej czasu na ważne sprawy typu "Mary wychodzi i wraca dopiero po północy" albo "Nasz syn zmienia kobiety jak rękawiczki", nie dla nich liczyła się tylko praca. Gdy tylko Mary Ann zamknęła na klucz drzwi od swojego pokoju, położyła się na łóżko i rozmyślała o swoich rodzicach. Często jak zdarzały się jakieś dziwne rzeczy, takie jak dziwna rozmowa z nieznajomym w parku, myślała o rodzicach. Mimo iż nie wierzyła że ją kochali, chciała wiedzieć co czuli gdy ją zostawili. Nie wiedziała zaś że odpowiedź na to pytanie miała na wyciągnięcie ręki. Na następny dzień podczas porannego biegania po parku znowu go ujrzała, siedział na tej samej ławce w cieniu wielkiego dębu. Jego aura mroku stała się straszniejsza niż wcześniej, było widać jednak że opalonym na marchewkę blondynkom wpadł w oko czarnowłosy chłopak. On na nieszczęście ich i Mary Ann jego wzrok nie schodził z ciała siedemnastolatki. Ruda podeszła do niego zdezorientowana jego zachowaniem
- Mogę wiedzieć o co ci chodzi? - warknęła wymachując butelką wody tuż przed jego twarzą - Już od kilku dni przychodzisz tutaj, obserwujesz mnie a na koniec okazuje się jeszcze że znasz moje imię. Chyba jakieś wyjaśnienia mi się należą?
Patrzył na nią swoim zimnym i bezuczuciowym wzrokiem, to zdenerwowało ją jeszcze bardziej
- Jeśli nie chcesz, nie mów. Ale przestań mnie prześladować! - miała już zamiar odejść ale usłyszała cichy chichot ze strony chłopaka - Co cię tak śmieszy?
- To iż myślisz że jesteś na tyle interesująca, bym przesiadywał tutaj dzień w dzień, patrząc jak tracisz zbędne kilogramy których... - spojrzał zmęczony na mój brzuch po czym spojrzał mi prosto w oczy - ...Których według mnie jest w sam raz.
- Ja nie tracę zbędnych kilogramów. - spojrzała na swój brzuch zdziwiona szybką ocenę jej ciężkości - Ćwiczę by w przyszłości zostać sprinterką. Przynajmniej chociaż wygrać zawody między szkolne.
- I w tym momencie mnie zaciekawiłaś. - uśmiechnął się tajemniczo i przesunął się, był to niemy rozkaz by usiadła - Rozumiem że jesteś w tej drużynie. - odwróciła speszona głowę szukając odpowiednich słów, dla niego taka reakcja była idealną odpowiedzią - Nie bój się, jeśli naprawdę marzysz o tym by biegać i będziesz do tego dążyć. To się spełni. - odwróciła z powrotem głowę w jego stronę zdziwiona jego słowami, powiedział coś co dało jej trochę odwagi i nadziei że może to zrobić - Tylko nie rozczaruj się jeśli to nie będzie tym o czym naprawdę marzysz.
- Powiedz mi jak się nazywa mężczyzna z którego wychodzą te głębokie myśli. - oparła się ręką o oparcie ławki i przyglądała się twarzy rozmówcy - Ty dziwnym trafem wiesz jak się nazywam, puszczę już w niepamięć to że nie odpowiedziałeś na żadne moje pytanie. Chociaż i tak chcę znać na nie odpowiedź. To powiedz przynajmniej jak masz na imię.
Spojrzał na Mary a po chwili na taflę jeziora po drugiej stronie chodnika. Wyglądał jakby rozważał każde za i przeciw, na końcu zasłonił swoje usta dłonią i spojrzał na nią. Widział te zielone oczy umieszczone tuż nad zbiorem piegów i zabrał ręce
- Vincent. - rzucił krótko i wstał - Chodzisz do tej szkoły tuż obok parku, racja?
- Tak, a co? - zdziwiła się szybką zmianą tematu - Masz zamiar się zapisać?
- Nie, chciałem tylko wiedzieć gdzie muszę podwieźć spóźnioną uczennice. - wskazał na zegarek który wskazywał równo ósmą, przerażona mina Mary Ann rozśmieszyła lekko chłopaka jak wyciągał z kieszeni skórzanej kurtki - To jak? Jedziesz?
- Mam wybór? - ruszyła szybko w stronę swojego domu, przypominając sobie po chwili że nie wie gdzie Vincent zaparkował samochód. Zawróciła z lekkim pąsem na twarzy - Przepraszam, poniosło mnie.
- Rozumiem że pierwszy raz spóźniona. - prychnął i kręcąc kluczami na palcu ruszył w stronę najbliższej ulicy. Dziewczyna szła za nim zirytowana jego spokojem i powolnym krokiem - Wiesz według mnie nie warto już jechać do szkoły.
- A co? Masz zamiar mnie porwać? - zażartowała
- Jestem obcym mężczyzną który proponuje ci opuszczenie nudnych lekcji i mijania jeszcze nudniejszych ludzi w zamian za możliwe najlepszą randkę w twoim życiu. - podszedł do czarnego motoru i oparł się o kierownicę - Wybór należy do ciebie, Mary Ann.
- Zawsze rzucasz taki bajer dziewczynom z parku? - zlustrowała jego i motor
- Nie, tylko tym które oskarżają mnie o prześladowanie. - uśmiechnął się zuchwale i włączył silnik - Kareta zaraz odejdzie.
- Każda to łyka? - podeszła do niego, po czym usiadła na motorze
- Póki co tylko jedna. - Vincent usiadł a rudowłosa przytuliła się do niego by nie spaść - Tylko się nie puszczaj.

środa, 12 lutego 2014

Prolog

Młode małżeństwo rok po ślubie, razem z trzymiesięcznym dzieckiem zamieszkało w hrabstwie Lebanon w stanie Pensylwania w Stanach Zjednoczonych. Mieli mały dom na przedmieściach, byli zwykłą zaczynającą wspólne życie rodziną. Ich córka miała na imię Mary Ann, rodzice strasznie ją kochali. Pewnego razu kobieta wybrała się z dziewczynką do parku, dzień zapowiadał się jak każdy inny. Zawsze na spacerze młoda matka spotykała się ze swoją sąsiadką i jej dwuletnim synem o imieniu Lucas. Tym razem podczas plotkowania sąsiadek do wózka Mary Ann podszedł czarnowłosy mężczyzna, dziewczynka zaczęła płakać gdy mężczyzna dotknął jej policzka. Kobieta słysząc płacz swojego dziecka ruszyła do obrony, zabrała rękę nieznajomego od dziecka i wzięła córkę na ręce w próbie uspokojenia jej, niestety nie udawało się uspokoić dziewczynki. Przeprosiła sąsiadkę i zaczęła wracać do domu. Mężczyzna nie odstępował ich ani na krok, cały czas obserwował młodą matkę z zainteresowaniem i pożądaniem. Kobieta zaniepokojona swoim obserwatorem przez telefon do swojego męża, prosiła o to by wyszedł po nią do parku. Nieznajomy doskonale słyszał drżący głos kobiety, zadziałał na niego pobudzająco. Po chwili trzymał jej rękę i odrzucił telefon, popchnął na drzewo i nachylił się do jej ucha
- Najpierw zabiję ciebie, potem twojego bachora. - warknął i wbił się w jej szyję
- Nie... Nie Mary Ann... - poprosiła kobieta czując jak jej nogi uginają się, pod wpływem dużej utraty krwi w tak krótkim momencie - Proszę, nie zabijaj mojej córeczki.
- Susan! - z oddali było słychać przerażony głos ukochanego kobiety, biegnącego na pomoc - Zostaw ją!
- Susan? - mężczyzna oderwał się od szyi i spojrzał na jej bladą twarz, pogładził delikatnie policzek kobiety - Piękne imię godne takiej piękności.
- Powiedziałem zostaw ją! - nieznajomy został pociągnięty za ramie i stał twarzą w twarz z mężem swojej ofiary - Ty, masz jej krew na twarzy!
- Masz męczący głos. - stwierdził czarnowłosy ukręcając kark ojcu Mary Ann - Wróćmy do obiadu.
Wziął swoją ofiarę w ramiona i wypił resztę jej krwi. Została już tylko mała płacząca dziewczynka w wózku, wiedział że jeśli jej nie uciszy zwołają się gapie. Podszedł do wózka i wziął na ręce dziecko, podniósł ją do swoich ust. Na Mary Ann poleciała krew po ścięciu głowy mordercy jej rodziców, ściął ją młody czarnowłosy chłopak który szybko chwycił ją chwilę przed zmienieniem się w proch ciała mężczyzny. Chłopak patrzył na kupkę prochu z pogardą, schował czyste ostrze do pochwy i usłyszał że dziecko zaczęło się uśmiechać. Był zdziwiony że mimo takiej sytuacji ta mała dziewczynka nie płakała, tylko uśmiechała się na jego widok. Zdezorientowany odłożył ją do wózka i zabrał ciała jej rodziców. Mary Ann została odnaleziona przez Lucas'a z jego matką, oni nie wiedzieli co się przed chwilą zdarzyło na oczach tego trzymiesięcznego dziecka ale wiedzieli już że jej rodzice nie wrócą. Wyczuli to w mrocznej atmosferze w tamtym miejscu. Szybko zabrali dziewczynkę do swojego domu, nie wiedząc że byli w tym momencie obserwowani. Z dachu najbliższego budynku przyglądał im się czarnowłosy chłopak, bohater który ocalił życie Mary Ann. Wiedział że jest ona w dobrych rękach, lecz martwił się zapachem jej krwi. Spojrzał na martwe ciała rodziców dziewczynki
- Pierwszy raz poczułem... - zawahał się, jakby to słowo nie mogło przejść mu przez gardło - ...żądzę.